niedziela, 13 marca 2016

Dobre ziarno

Cześć! Wiecie moje drogie - żyję i nieśmiało stwierdzam, że mam się całkiem dobrze, o może nie przesadzając - położyłam sobie ładny fundament pod dobre życie i każdego dnia staram się je powoli budować. Chciałam już na wstępie palnąć coś o uwolnieniu od ED, ale nie bądźmy tak optymistyczni, gdybym się kompletnie wyleczyła z zaburzeń odżywiania, usunęłabym w cholerę to miejsce i nigdy nie wracała do tego świata. Ale wracam. Wracam, bo chcę nieśmiało udowodnić (Wam i samej sobie), że można inaczej. Bez robienia sobie destrukcyjnego bagna zamiast mózgu, bez nienawiści do samej siebie i całego świata, bez głodowania, płaczu i pogrążania w chorobie. 

Wydaje mi się, żeby powoli wygrać z ED potrzebowałam wydorośleć. Z nastoletniej dziewczynki dojrzeć do bycia prawie już 20-letnią kobietą (o zgrozo jak to brzmi!) i poukładać sobie to wszystko w głowie. Doszłam w końcu do zrozumienia, że to zdrowie jest najważniejsze. Bycie szczupłą, może być tylko jego konsekwencją, a nie może być zdobywane jego kosztem. Życie mamy tylko jedno, ciało mamy tylko jedno, a więc trzeba się o nie troszczyć, dbać i pielęgnować. Karmić się tylko dobrymi wartościami - swoje ciało i swoją duszę.

Co u Kleopatry po prawie roku nieobecności? A jest dumną studentką weterynarii, która miesiąc temu zaliczyła swoją pierwszą sesję, mieszka 200 kilometrów od domu w najlepszym kampusie pod słońcem, przeżyła najlepsze wakacje świata łącznie ze swoim pierwszym woodstockiem, a od niedawna świadomie przeszła na wegetarianizm i już uważa to za jedną z lepszych decyzji swojego życia. 

Jejku, aż sama jestem zdziwiona jak to wszystko pozytywnie brzmi. Cieszę się, bo w takim kierunku dążę, jednak potrzebuję jeszcze dużo pracy nad sobą. To dopiero początek, a każdy nowy dzień będzie dniem samorealizacji. Muszę sobie znaleźć nowe produktywne sposoby na wypełnianie czasu w tym mieście. Nie samą nauką człowiek żyje, dlatego oprócz sportu, który przy słonecznych wiosennych dniach niedawno wystartował, gdy mój rower przyjechał ze mną tydzień temu pociągiem, muszę sobie znaleźć nowe kulturalne hobby. Cholernie tęsknię za swoim licealnym teatrem, ale na dołączenie do akademickiego niestety nie mam aż tyle wolnego czasu. Dlatego jakiś wolontariat, schronisko, spotkania kulturalne - to mój cel. Czas zacząć ubogacać się duchowo, a nie tylko zakuwanie przeplatane kilkoma dniami luzu, spędzonymi na imprezach i nadrabianiu seriali. I chcę wrócić bliżej Boga, bo za bardzo zaniedbałam sprawy w tej kwestii. Nauka, dieta i samorealizacja = moja nowa hierarchia wartości, wszystko w równowadze. 

A zaraz zobaczycie, że studenci nie jedzą syfu i pokochali sobie robić zdrowe jedzonko! Po przejściu na wege zaczęłam inaczej patrzeć na żywność, na chemię, która się w nim znajduje, na jego stopień przetworzenia. Najczęściej jem proste, smaczne posiłki przyrządzone własnoręcznie z prostych, wartościowych produktów. Wyrafinowania nie ma, bo cenowo nie ma szaleństwa w produktach, ale jestem na takim etapie zagłębiania się w wege świat, że każdego dnia zachwycam się nad możliwością wykorzystania prostoty i zdrowotności roślin. 

Jajka - najczęstsze śniadanko. Tylko te domowe (chów klatkowy to naprawę zuo!) od moich własnych osobistych kur. :) 
O, i znów jajka. Tutaj jajeczniczka z rukolą i pomidorami. No i pieczywo - chrzanić jasne, napompowane pszenne bułki. Chlebek razowy rządzi. 
A tutaj nowa miłość - sałatka z rukolą i cieciorką. Robiłam już sporo wariacji (ostatnio po raz pierwszy z tofu i czerwoną fasolą). Strączki - najlepsze źródło białka! :3
O, a tutaj gotowiec - mrożonka batatów z marchewką. Jakieś 3zł i super skład, a jaka pychota!
Kotlety marchewkowe! :)
Mmm, to było śniadanie. Omlet posmarowany solidną porcją masła orzechowego, a na nim owoce. :3
Jajka, warzywa i ciemne pieczywo - moja śniadaniowa miłość.
Kasza manna z domowymi mamusiowymi malinkami to jeszcze jedna śniadaniowa miłość. :D
O, i znów cieciorka. Tutaj na szybko z warzywami i sezamem. Jak już mówiłam strączki rządzą!
No dobra, to tyle słowem przywitania. Zostaję tu i sieję pozytywną energię! Trzeba rozjaśnić to miejsce, wypędzić te wszystkie demony i zasadzić dobre ziarno. Cześć kochane! 

czwartek, 21 maja 2015

dzień 11


Och, jak mi dobrze móc wreszcie napisać te słowa. Jak dobrze wrócić znów do tego pokręconego świata - mrocznego, destrukcyjnego, ale w tej chwili przede wszystkim wyjątkowego i pięknego. Złożyłam sobie obietnicę, że nie napiszę przed końcem matur, bo ten świat zbyt mocno wciąga i nie będę się mogła na nich dostatecznie skupić (och, pomińmy fakt, że od półtorej tygodnia spędzam po 2 godziny dziennie czytając Wasze blogi). Tak więc matury wreszcie zakończyłam we wtorek i wracam. Wracam do Was, kochane.

Pół roku mnie tu nie było. Co się zmieniło? Chyba mój luby ma na mnie dobry wpływ i odciągnął mnie stąd na trochę. Wyleczył odrobinę kompleksów, pomógł przegonić nieco nienawiści do samej siebie. Uporałam się w jakimś stopniu z kompulsami, emocjonalne zajadanie jeszcze czasem mi towarzyszy, ale to nie ten sam straszny stan, co niegdyś. Wracam, bo chcę być piękna. Dla siebie i dla Niego. Chcę szczupła spędzić z nim najlepsze wakacje w naszym życiu. Chcę bez wstydu kąpać się w rzece, wylegiwać na plaży, biegać w błocie na woodstocku, a w październiku zacząć kolejny etap swojego życia studiując jako chuda i perfekcyjna osoba. 

Dziś mija jedenasty dzień nowego początku. Od tygodnia mam swoją pierwszą pracę - po około siedem godzin dziennie pracuję jako pokojówka w hotelu. Sprzątanie, odkurzanie, zmienianie pościeli - jednym słowem 7 godzin na nogach. Podoba mi się, wracam do domu zmęczona, ale i usatysfakcjonowana, że nie spędziłam tego dnia siedząc na swoich czterech grubych literach. Przez to nieco ciężej znaleźć mi czas na ćwiczenia, ale zmotywuję się. Trzymam się bilansów, nie wiem czy kolejny tydzień obniżę, czy zostanę przy 600. Jem zdrowo, unikam wszystkiego, co niepotrzebne. Od tego tygodnia jem regularnie - 4 posiłki średnio co 3 godziny, ostatni około 17-18. Żywię się głównie owsianką, jogurtami, jajkami, serkami wiejskimi, kaszą, owocami i warzywami. A co do wagi to jakoś za nią nie tęsknię. Wiem, ile ważyłam przez te pół roku. Ale teraz jakoś nie chcę, by to ona była wyznacznikiem moich efektów. Chcę to po prostu widzieć gołym okiem. Oczywiście, zważę się niedługo, może 1 czerwca, ale nie chcę popadać w paranoję porannego wpatrywania się w zbyt duże cyferki. Nie potrzebuję tego.

Poniżej bilanse z ostatniego czasu. Och, witajcie najdroższe. Tęskniłam.

11.05 (poniedziałek)
10:00 - jajko gotowane, pomidor, kromka chrupkiego, kawa z mlekiem (140)
15:00 - udko z kurczaka, ziemniaki, buraczki konserwowe (400)
19:00 - 4 x chrupkie z dodatkami (szynka, jajko, pomidor, ogórek, rzodkiewka) (250)
= 790 kcal

12.05 (wtorek)
8:30 - jajecznica (1 żółtko, 2 białka) z pomidorem, 2 x chrupkie (160)
14:00 - zupa jarzynowa, pulpet, ziemniaki (400)
19:30 - gofr z dżemem z czarnej porzeczki (160)
 = 720 kcal

13.05 (środa)
7:30 - jajko gotowane, 2 x chrupkie, ogórek (120)
15:30 - sok warzywny z żeń-szeniem (70)
17:00 - zupa szczawiowa z jajkiem i kaszą jęczmienną (300)
19:30 - chleb pełnoziarnisty z szynką, sałatą, ogórkiem, rzodkiewką (230)
= 720 kcal

14.05 (czwartek)
8:30 - owsianka na mleku 0,5% (220)
13:00 - 4 x chrupkie z twarogiem, rzodkiewką i sałatą, pomidorki koktajlowe (190)
17:00 - kasza jaglana z pomidorkami koktajlowymi (380)
= 790 kcal

15:05 (piątek)
7:30 - serek wiejski, 2 x kiwi (200)
13:00 - sok pomarańczowy (100)
15:00 - kasza jęczmienna, mizeria, ryba (500)
+ zajadanie emocji po sprawdzeniu odpowiedzi do matury z chemii: ptasie mleczko, baton, chrupki, kromka chleba żytniego z twarożkiem, szklanka mleka 0,5% ._.
= za dużo

16.05 (sobota)
= 0 kcal (oczyszczenie po wczorajszym napadzie)

17.05 (niedziela)
9:30 - owsianka na wodzie z kiwi (200)
17:00 - kasza jęczmienna z pieczarkami i pomidorem (400)
= 600 kcal 

18.05 (poniedziałek)
7:30 - jajko na miękko, chrupkie z sałatą i rzodkiewką, kawa z mlekiem (125)
10:30 - banan (100)
13:30 - kefir 0% (110)
17:00 - jajecznica z dwóch jajek z pomidorkami koktajlowymi, chrupkie (215)
= 550 kcal

19.05 (wtorek)
7:30 - owsianka na wodzie z bananem (220)
11:00 - jabłko (70)
15:00 - 225g warzyw na patelnię (110)
19:00 - piwo gingers (200)
= 600 kcal

20.05 (środa)
8:00 - jajecznica (160)
11:30 - jogurt zbożowy (140)
14:30 - banan (100)
17:30 - duży jogurt naturalny (150)
= 550 kcal

21.05 (czwartek)
7:30 - owsianka z grejpfrutem (160)
10:30 - jogurt owocowy (140)
13:30 - serek wiejski (120)
16:30 - jajko, 10 pomidorków koktajlowych, chrupkie (140)
= 560 kcal

niedziela, 26 października 2014

mały kroczek w tył


niedziela: ok. 560 /150 kcal
* 400 ml kefiru 0 % (110)
* pół talerza rosołu z makaronem (150?)
* 2 łyżki bigosu, 2 łyżki ziemniaków, ogórek i burak konserwowy (300?)

Ech, zostałam dziś zmuszona do zjedzenia rodzinnego obiadu przy stole. Gdy już brałam talerz z zamiarem "zjedzenia" w swoim pokoju, mama zatrzymała mnie podniesionym głosem, że nigdzie nie idę i mam zjeść z nimi. I tak miałam wypełniony żołądek tym śniadaniowym kefirem, którego wypiłam prawie 0,5l. Siedziałam więc przy tym stole jak na skazaniu i siorbałam rosół i marchewkę, zjadłam kilka makaronów, reszty nie zmieściłam. Na drugie nałożyłam możliwie jak najmniejszą akceptowalną przez mamę normę, po czym usłyszałam, że i tak praktycznie nic nie zjadłam. Nie uznaję tego jako napad. Nie byłam szczęśliwa, gdy jadłam ten obiad. To nawet nie było specjalnie smaczne. Bałam się, że gdy spróbuję takiego jedzenia, włączą mi się te utajone kompulsy, przełamie bariera i zacznę za przeproszeniem wpieprzać. Ale nie, wstałam grzecznie od stołu, nawet nie wypchana, ot po prostu najedzona i podziękowałam. Dzień zaznaczam jako niezaliczony, oczywiście, ale nie z powodu własnej słabości. W tej porażce krył się mój osobisty sukces. Dzisiejsza niedziela była przyjemna, cały dom gości, rodziny. Kochany 8-miesięczny braciszek i zabawa nim. Upiekłam śliczną, pachnącą tartę z jabłkami, którą wszyscy chwalili. Cieszę się, że im smakowała. Ja jej nie potrzebuję.

Będą mnie teraz bardziej obserwować, na pewno. Całe szczęście, że tylko w sobotę i niedzielę jemy razem w domu. W ciągu tygodnia każdy inaczej wraca ze szkoły/pracy, więc będzie dobrze. Zacznę jeść jak planowałam. Zdrowo, malutko, ciągle wychodząc z głodówki, ale już pokarmy stałe. Dwa przyszłe weekendy raczej nie będę liczyć, ale po prostu jeść jak najzdrowiej i jak najmniejsze porcje tego świątecznego, a następnie 18-nastkowego jedzenia. Będzie dobrze, musi być. 

Dziś rano weszłam na wagę: 59,1 kg. Czyli bez efektu jojo po głodówce. Nawet powolutku spada, to dobrze. Spodnie też są na mnie luźniejsze. Wujek stwierdził, że zeszczuplałam. Ten dzisiejszy dzień to tylko malutki kroczek w tył, który oddalił mnie od celu, a nie źródło nienawiści do siebie i czarnej rozpaczy. Spokój, determinacja i siła - to co najważniejsze musi mną kierować. Trzymajcie się, najdroższe. 


sobota, 25 października 2014

spokój i szczęście


piątek: 150/150 kcal
* kefir 0% 400ml (110)
* 2 kawy z mlekiem (40)

sobota: 150/150 kcal
* jogurt owocowy (150)

+ hektolitry herbat i wody

Dobry wieczór kruszynki! Mimo tego zimna na zewnątrz wita Was ciepło spokojna, zrelaksowana i szczęśliwa Kleopatra. Coś się we mnie zmieniło. Wszechobecną nienawiść i pesymizm wypiera przede wszystkim spokój. Dieta staje się czymś przyjemnym, czymś naturalnym, a z drugiej strony nie przechyla wagi - nie jest rzeczą, która 24 godziny na dobę zaprząta mój umysł, jak to często bywa. Ot po prostu, współegzystuje obok zakochania, przyjaciół, szkoły i rodziny. Podoba mi się ten stan, niech tak pozostanie. 

W piątek na zakupach w lumpach, czyli moim stałym i ulubionym miejscu ubierania się znalazłam sporo perełek (ślicznych ciepłych sweterków i sukienek - mojego ulubionego sposobu ubioru). I tak przymierzając zauważyłam w lustrze, że moje ciało naprawdę powoli traci. Okropnie szerokie biodra powolutku, ale widocznie topnieją. Cała sylwetka staje się smuklejsza. I przebierając te ubrania stwierdziłam, że nie, Kleopatro, cierpliwości, poczekaj jeszcze trochę, a kupisz rozmiar mniejsze i jeszcze rozmiar mniejsze. W rezultacie wyszłam z jednym sweterkiem i wielkim uśmiechem na ustach. Poczekam, warto.

Staram się zmieniać na każdym kroku, dążyć do dobra i choć ułamka perfekcji. Spędzam więcej czasu z rodziną, przygotowuję im kolację (dziś kolorową od warzyw pizzę), wypieram ze swojej mowy jad i nienawiść, które często goszczą w naszych rozmowach. Staram się być jak najlepszą dziewczyną dla M., karmić i pielęgnować naszą dopiero rozkwitającą miłość. Nie zaniedbuję swoich najcudowniejszych pod słońcem przyjaciółek, wczorajsza wspólna jazda samochodem z dopiero otrzymanym prawkiem A., szisza i kino naładowały mnie tak pozytywnie. Wysprzątałam dziś dom, swój pokój i łazienkę gruntowanie. Zacznę lekturę, odrobię lekcje, nauczę się do sprawdzianu powtórkowego z antyku. Każdego dnia będę zmieniać się na lepsze. W końcu to mój ostatni rok w rodzinnym domu. A co dalej? Muszę pracować na swoje marzenia. I będę. Spokojna i szczęśliwa jak teraz.


czwartek, 23 października 2014

trzy dobre dni


wtorek: 100/100 kcal
* szkl bulionu (15)
* 3/4 szkl maślanki (85)

środa: 100/100 kcal
* pół szkl maślanki (60)
* zupka na bulionie (40)

czwartek: 100/100 kcal
* pół szkl maślanki (60)
* zupka na bulionie (40)

Cześć najukochańsze! Tak przedstawiają się bilanse z 3 pierwszych dni wychodzenia z głodówki tylko na płynach. Pierwszy posiłek był rano przed wyjściem do szkoły (ok. 7), drugi po powrocie (ok. 16:30). Żadnego załamania, żadnego napadu, żadnego podjadania. Jestem z siebie zadowolona. Na płynach pozostaję do końca tego tygodnia, ale na te 3 pozostałe dni zwiększam sobie bilans do 150 kalorii. Mam nadzieję, że nadal wszystko będzie dobrze, a od przyszłego tygodnia zaczynam powolutku jeść. 

W ciągu tych trzech dni nastroje naprawdę przeróżne. Czasem depresja tak wielka, że zwleczenie się rano z łóżka to już był dla mnie wyczyn, spojrzenie przez okno na tę wspaniałą wietrzą, minusową pogodę i miałam ochotę biegiem wracać do łóżka, ale niestety - tydzień miałam tak zawalony sprawdzianami i kartkówkami, że nie mogłam sobie na to pozwolić. Dwa swetry, płaszcz, rękawiczki i w drogę, a i tak marzłam. Dziś dziewczyny powiedziały, że znów mam sine usta, Ala zapytała, czy się głodzę, zagrałam śmiejąc się i mówiąc, że chyba sobie żartują, nie ma żadnego odchudzania. I po temacie. Wczoraj byłam na testach alergicznych, wyszło troszkę na kurz, nic poza tym. Za dwa tygodnie mam na pokarmowe. 

Dzisiejszy dzień jest przyjemny. Ostatnie dwa od razu po przyjściu ze szkoły i zjedzeniu zupy spędzałam zamknięta w pokoju i aż mnie momentami telepało, tak bardzo dawał się we znaki ten głód psychiczny, chęć zapchania się. Dziś przyjęłam inną strategię. Trzy godziny spędziłam w kuchni w towarzystwie jedzenia i mamy. Upiekłam babkę ziemniaczaną dla nich na jutrzejszy obiad, dużo wspólnego gotowania i rozmawiania z mamą, przygotowałam im kolację, pozmywałam stosy naczyń i ogarnęłam kuchnię. Uspokoiłam się, teraz siedzę zrelaksowana popijając wodę i piszę tego posta. Jest dobrze. 

Jutro idę z przyjaciółmi i M. na maraton horrorów do kina: "Anabelle" i "Egzorcysta". Będę się bała jak jasna cholera, bo definitywnie nie oglądam horrorów, ale będę miała rękę M. do ściskania, będzie dobrze. Śmiesznie tak, jesteśmy razem, ale śmiesznie. Ja mam w głowie teraz na pierwszym miejscu dietę, nie Jego. Zaniedbuję trochę i Jego i przyjaciółki. Mogłabym teraz wyłączyć się kompletnie ze świata na czas odchudzania, tylko to jest dla mnie najważniejsze, osiągnąć cel i powrócić do tego wszystkiego - perfekcyjna. Nie wracam po kinie do domu, śpię u Sary, oby tylko nie szykowała żadnego śniadania przed sobotnimi zajęciami w szkole, błagam.

Jutro w końcu wolny dzień, żadnych sprawdzianów i tylko 4 lekcje. Odpocznę, nareszcie. Teraz z uśmiechem na twarzy idę poczytać o Waszych dzisiejszych sukcesach, najcudowniejsze. Miłego wieczoru.



 16 dni do mojej imprezy osiemnastkowej.
19 dni do moich prawdziwych urodzin. 
Najlżejsza, jak tylko się da. 

poniedziałek, 20 października 2014

podsumowanie 13-dniowej głodówki

Witajcie najukochańsze! Pierwszym, co chcę powiedzieć to ogromne ogromne dziękuję za taki odzew pod wczorajszym postem. Za te wszystkie słowa pochwały, podziwu i troski. Może zabrzmi to fałszywą skromnością, ale ja naprawdę nie uważam, żebym zasługiwała po tych 13 dniach na takie pochwały. Przecież ja... po prostu nie jadłam. O wiele bardziej na szacunek zasługują te z Was, które codziennie ćwiczą po kilka godzin wypalając z siebie siódme poty! Mimo wszystko, dziękuję Wam za wszystkie rady i pomoc. Umocniłyście mnie w wierze, że potrafię wyjść na spokojnie i niskokalorycznie z głodówki, bez napadów i rzucania się na jedzenie jak wygłodniała hiena. Dam radę. :')

dla  t a k i e g o  ciała <3

Dobra, a teraz krótkie podsumowanie tych 13 dni. Damn it, z jednej strony mam już troszkę dość, ale z drugiej jest taka cholerna ochota, by ciągnąć to dalej i zobaczyć jak będzie... Ale ech, nie! Po takim oczyszczeniu i powolutkim wyjściu pora przestawić się na podkręcenie swojego metabolizmu i rozpoczęcie porządnych ćwiczeń, oczywiście wszyściutko przy minimalnej ilości jak najzdrowszych kalorii. 

Po 13 dniach głodówki schudłam... 7 kg, czyli tak jak powinno być, Chudnięcie bez ćwiczeń na głodówce to średnio 0,5kg dziennie, więc się zgadza. Czy widać to wizualnie? Średnio, ale czego wielkiego spodziewać się po tak krótkim czasie. Zleciało przede wszystkim z górnej części ciała: widać to po żebrach, obojczykach i troszeczkę po twarzy. Ja jestem gruszką i te wszystkie dolne gabaryty pozostały jakie są, ale ale już nie na długo! 

Dni 1-3: Tak, tak to wszystko prawda, że najgorsze. U mnie może jeszcze dlatego, że głodówkę zaczęłam bez uprzedniego przygotowania do niej, czyli stopniowego zmniejszania kalorii, ale skoczyłam od razu na głęboką wodę. Ta głodówka to był mój powrót do tego świata po 5 miesiącach przerwy. Cieszę się, że zaczęłam tak restrykcyjnie - teraz będzie tylko łatwiej. A więc na początku: dokuczliwy ból głowy, bolący burczący brzuch, nieprzyjemny zapach z ust (ugh, to jest dopiero koszmar, kilkukrotne w ciągu dnia mycie zębów i guma do żucia - nieodłączne), raz tylko wystąpiły drobne zawroty głowy, drżenie rąk i ogólne osłabienie - mniej więcej tak to wszystko wyglądało.

Dni: 4-7: Fizycznie już dobrze. Organizm przyzwyczajał się powoli do spalania zmagazynowanych kalorii, a ja nie czułam się już osłabiona i głodna. Wstawałam rześka, wyspana i pełna energii. Ale w tych dniach odezwały się moje kompulsywne skłonności: głód psychiczny przygniatał swoim ciężarem. Potrzebowałam widoku, zapachu, dotyku jedzenia. Musiałam cieszyć się nim swoimi zmysłami. Godzinami przeglądałam blogi kulinarne oglądając bomby kaloryczne, oglądałam programy kulinarne i kursowałam między lodówką a szafkami kuchennymi, co chwila ustawiając w nich produkty. Trochę świrowałam, ale nie złamałam się. Wygrałam z jedzeniem, ja pokazałam kto rządzi moim życiem i walczyłam dalej.

Dni 8-11: Dni idealne, naprawdę! Stan cudownej lekkości, szczęścia i euforii. Wypoczęta i szczęśliwa rozpoczynałam każdy dzień. Mój żołądek nie odzywał się nawet szmerem, nieprzyjemny zapach z ust minął, żadnych mroczków przed oczami nic, żyć nie umierać. 

Dni 12-13: Zaczęły się małe schodki, bo nie wiem czy to wina ogólnego osłabienia czy pogody, ale zaczęłam mocno marznąć, mocno. Owijanie się w koc i 2 swetry, a mimo to ręce jak lody. Do tego bladość (choć to akurat mi nie przeszkadza) i sine usta. Ponadto lekka tęsknota za jedzeniem - nie jakimiś tłustymi, grzesznymi posiłkami, ale nawet najprostszym jabłkiem czy jogurtem naturalnym. Mogłabym spróbować jeszcze trochę, ale kończę. Głodówkę będę wspominać jako świetne doświadczenie.

Plan wychodzenia już jest idealnie rozplanowany w mojej głowie. Do końca tego tygodnia tylko i wyłącznie płynnie, do max 100 kalorii dziennie. Ugotowałam dziś garnek bulionu warzywnego, który będę piła jutro, w środę i czwartek. W kolejne dni planuję ugotować kolejny ganek i porcje blendować z innymi warzywami: brokułami, marchewką czy pieczarkami. Zobaczymy. 

bulion warzywny: 
2 marchewki, 1 korzeń pietruszki, 1 seler, 1 por, 1 biała cebula, 5 liści laurowych, 5 kuleczek ziela angielskiego, 3 litry wody 
Wszystkie warzywa (moje zdrowiutkie z własnego pola) obrałam i przekroiłam wzdłuż. Cebulę opaliłam nad palnikiem na czarno. Wszystko stiup do dużego garnka, zalałam wodą, dodałam listki i ziele i gotowałam 90 minut w garnku ciśnieniowym.  
Kaloryczność (sam bulion bez warzyw) 180 kcal / 3 litry

Jestem szczęśliwa naprawdę. Problem w tym, że ten świat jest tak intensywnie wciągający, gdy znów angażuję się w to na całego. Mogę godzinami czytać Wasze blogi, przeglądać thinspo i przepisy. A teraz, gdy zacznę w końcu ćwiczyć to naprawdę pochłonie to dużo czasu. Nie jest mi z tym źle, jest cudownie, ale ale... boję się, że zaniedbuję przyjaciółki, mojego M., a przede wszystkim naukę. Perfekcyjna Kleopatra musi być perfekcyjna we wszystkich tych aspektach - będzie. 

Trzymajcie się, najdroższe! Chudości, chudości, ale przede wszystkim szczęścia. Idziemy razem - nas nie pokona nikt! ♡






niedziela, 19 października 2014

12 dzień głodówki

Czysty tydzień - completed.

Dziś rano na wadze: 59,5 (!). Nie spodziewałam się takiego wyniku. W dwa dni poleciały 2 kilogramy. I to w weekend. Raczej źle wskazała. Wcześniej spadała wolniej: 0,3-0,5kg dziennie. Może trochę za mało piłam. Nie wiem, może większy wysiłek fizyczny, ale przecież i tak na głodówce nie ćwiczę. Tęsknię za tym tak na marginesie. Jak już zacznę wychodzić z głodówki to to będzie pierwsza towarzysząca mi czynność. Dziś i wczoraj - dosyć ciężkie dni. Domowe, z całą rodziną i posiłkami przy jednym stole. Brudzenie talerza zupą zanim wszyscy przyjdą i mówienie, że "ja już zjadłam, bo byłam taka głodna". Branie ze sobą drugiego dania do pokoju obok, bo "o! właśnie zaczął się mój ulubiony program" i zgarnianie go do woreczka foliowego, który ląduje w kieszeni albo rajstopach. Ech, czego ja nie zrobię dla tej chudości. To trochę żenujące, ale cel uświęca środki. Kłótnie z rodzicami o odchudzanie to ostatnie czego teraz pragnę. Udało mi się to ukrywać przez 2 tygodnie - uda i dalej.

Mogłabym już w sumie kończyć głodówkę, powinnam, ale tak cholernie się boję, że jak zacznę jeść to nie będę miała oporów i nie przestanę. Wpadnę znów w kompulsy jak w bagno, z którego nie dam rady wyjść. Więc sobie trwam w takim niejedzeniu, w takim leciutkim stanie. Jeszcze tylko przyszły tydzień albo chociaż jego kawałek, obiecuję.

Dziś psychicznie jest ciężko. Bardzo ciężko. Głód emocjonalny otacza mnie z każdej strony. Wyobrażam sobie jak wpycham w siebie pół blachy mamusiowej drożdżówki z owocami, która stoi na blacie w kuchni. Jak pożeram pół naczynia żaroodpornego ryby po grecku stojącej w lodówce. Ale cały czas przywołuję się do porządku, powtarzam sobie, że mój żołądek nie przetrwałby czegoś takiego po 2 tygodniach niejedzenia. Nie wolno Ci, nie wolno! I muszę sobie to powtarzać ciągle i ciągle. I ciągle. Ale zaparzam sobie wielki kubek gorącej owocowej herbaty i jest lepiej.

Od 2 tygodni w głowie tylko dwie myśli: dieta i On. Maturę, naukę zepchnęłam gdzieś daleko wgłąb świadomości i nie chcę dotykać tych terenów. Jestem leniem i tchórzem. A On... Ech, On po kolei potrafi złamać wszystkie moje granice przyzwoitości. Mimo, że równie niedoświadczony w związkach co ja, prowadzi mnie tymi wszystkimi zmysłowymi ścieżkami za rękę jak małą dziewczynkę. Przełamuję powoli przy nim moje kompleksy. Staram się. Ale będę piękniejsza, zobaczy. 

Piszcie co u Was, kruszynki. Jak idzie Wam podążanie tą drogą ku perfekcji? Bardzo pragnę tego kontaktu z Wami. Razem wszystko staje się o wiele łatwiejsze. Przesyłam Wam wiele siły i miłości z tego mojego zakochanego serca. Trzymajcie się chudo <3 




czwartek, 16 października 2014

9 dzień głodówki


Witajcie kruszynki. Dziś rano na wadze 61,8. Leci powolutku. Szkoda, że jeszcze to tak marnie widać, ale widać - obojczyki, żebra i kości biodrowe delikatnie przebijają się na powierzchnię przez tłustą powłokę. Cholernie dobrze mi na głodówce. Przyzwyczaiłam się do niej i zwlekam z tym wychodzeniem z niej ile mogę. Ale po co już kiedy jest mi na niej tak lekko? Każdego dnia wstaję wyspana, pełna energii, nie dokuczają mi żadne zawroty głowy i omdlenia. Mój organizm przyzwyczaił się już do takiego stanu. Energie czerpie spalając zmagazynowane składniki odżywcze. Jedyne czego potrzebuję do życia to czysta woda, guma do żucia i gorąca herbata. Cudowność.

Wczoraj zastanawiałam się jak będę wychodziła z głodówki. Wymyśliłam już masę malutko kalorycznych zup-kremów, które będę sobie gotować, gdy będę kończyć głodówkę. Pieczarkowy, ogórkowy, pomidorowy, cebulkowy. Ugotuję sobie garnek bulionu na włoszczyźnie (stwierdziłam, że zdrowiej tak, niż gotowa kostka rosołowa pełna chemii)  i każdego dnia będę blendować z innymi warzywami. Takie miseczki będą miały ok. 40-50 kalorii. Mniam, już się nie mogę doczekać. 

Jest we mnie dużo siły. Stwierdzam to może trochę zbyt przemądrzale, ale sama jestem zadziwiona swoją samokontrolą i siłą woli. Codziennie obcuję z jedzeniem na każdym kroku, a mimo to nie wzywa mnie, nie jestem zakuta w jego kajdany. Taka czystość od napadów i kompulsów jest przepięknym stanem. Myślę, że to On daje mi tyle motywacji. Będąc Jego czuję teraz jak nigdy wcześniej to ogromne pragnienie bycia perfekcyjną. Chcę żeby zauważał, jak zmieniam się gram po gramie, jak niknę w oczach, jak staję się coraz drobniejsza, coraz piękniejsza. Dla Niego, ale przede wszystkim dla siebie.

Piszcie, co u Was najcudowniejsze. Dobrze mi z Wami, dobrze mi w tym świecie. xoxo


wtorek, 14 października 2014

tydzień głodówki

Dziś byłam psychicznie głodna. Potrzebowałam obecności jedzenia, potrzebowałam cieszyć się nim zmysłami. Obudziła się we mnie jakaś mała obsesja. Gotowałam, piekłam, ustawiałam wszystko w półkach i lodówce. Patrzyłam i dotykałam, cały czas popijając wodę i żując nieodłączną gumę do żucia. Wiedziałam, że się nie złamię, nie chciałam go jeść, jestem przecież silna i zmotywowana, powoli przebijające się na wierzch obojczyki pokazują mi, że to ma sens! Przecież mogę wszystko. Wystarczy tylko cierpliwość. Potrafię.

A teraz #foodporn!

Ok, już się najadłam. Już jestem grubasem.  

Jak mi dziś dobrze w tym wolnym od szkoły dniu. Wstałam sobie po 9, wyprasowałam tonę prania, upiekłam szarlotkę, ugotowałam kopytka, wysprzątałam kuchnię, poleniuchowałam przed laptopem.  Nadrobiłam Top Model! Właśnie właśnie kto jest Waszym faworytem w obecnej edycji? Ja z całego serca kibicuję Oli Żuraw! Cudowna, cudowna, cudowna. Poza tym bardzo lubię Osi, głupiutko uroczą Michalinę i Michała Baryzę. Ale jednak Ola forever <3

dziś: 0 kcal, tak jak codziennie od tygodnia ach ach

poniedziałek, 13 października 2014

6 dzień głodówki

Nie czuję głodu. Nasycam się miłością. Najadam się Jego wszechobecnymi pocałunkami.

Post podsumowujący pierwszy tydzień  miał być wczoraj, został nawet napisany, ale mój cudowny komputer zawiesił się, a byłam już tak bardzo zmęczona, że nie miałam siły pisać go po raz drugi. W każdym razie co z podsumowań:
* 6/7 dni ubiegłego tygodnia to głodówka (grr ten popsuty wtorek),
* spadło 4,3 kg,
* od wtorku oficjalnie należymy do siebie: Pan Idealny i Nieidealna ja.

To szczera prawda, że pierwsze 3 dni głodówki są najgorsze. Teraz już nawet nie burczy mi w brzuchu, a na myśl, że już prawie tydzień nic nie jadłam reaguję po prostu obojętnością - ot tak sobie, przecież to nic trudnego. Jestem tylko straszliwie niewyspana, ale to raczej przez zarwaną piątkową i sobotnią noc. Ale tej drugiej nie będę żałowała do końca życia. Najpierw koncert cudownych Farbenów, a później spanie w zimną październikową noc pod gwiazdami na dachu w obcym mieście i na dodatek w objęciach Pana Idealnego, aww aww. Kurde, śmiesznie, nie sądziłam, że jeszcze jestem zdolna do zakochania. A teraz zachowuję się jak mała ciesząca się ze wszystkiego dziewczynka. No nic, w każdym razie jutro dzień wolny, więc odeśpię, pomogę mamie i przygotuję się porządnie do tej masy sprawdzianów i kartkówek, które na mnie czekają. 

Nie wiem jaki mam plan. Na razie dobrze jest jak jest. Będę trwać w głodówce ile dam rady, jak zacznie się robić bardzo ciężko to zacznę z niej powolutku, małymi kroczkami wychodzić. Później pewnie jedzenie w granicach 100-200 kcal i będzie dobrze. Zaczęłabym ćwiczyć, bo na głodówce jednak ciężko. Chcę jak najwięcej stracić do 8 listopada - do mojej 18-nastki. Jak najwięcej. 

Trzymajcie się chudo i szczęśliwie moje kochane motylki. Ciągle walczmy! Mamy o co.

sobota, 11 października 2014

trzy dni głodówki za mną

Dałam radę. 26 godzin w podróży, a ja się nie złamałam. Czysta od kalorii. Cudownie mi tak.

Jestem strasznie wdzięczna, że I. nie pozwoliła mi zrezygnować z tej maturalnej pielgrzymki. Czuję się o wiele lepiej psychicznie. Staram się trwać w bliskiej relacji z Bogiem, dwa lata z rzędu w wakacje chodziłam na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy (w 17 dni pokonujemy 550km na własnych nogach) i planuję kolejne, ale wczoraj po raz pierwszy odważyłam się na taką prawdziwą jasnogórską spowiedź - w zabudowanym konfesjonale rozmawiając z kapłanem w cztery oczy. Cholernie mocno to przeżyłam.Ten ksiądz był pierwszym człowiekiem, któremu opowiedziałam o ED. Opowiedziałam o tym, że nie potrafię wcielić w życie drugiej części przykazania miłości: "będziesz miłował bliźniego swojego jak siebie samego". Że w swoim życiu odrzuciłam już tylu ludzi okazujących mi jakieś uczucie. ze względu na tę przeklętą nienawiść do samej siebie. Bo nie potrafię zaufać, nie potrafię się otworzyć. Powiedziałam, że to wszystko, ten cały świat zrobiło mi sieczkę z mózgu. Ale mimo dostrzegania tych wszystkich wad, nie potrafię tego odrzucić. Mogę wyciszyć, na kilka tygodni, miesięcy nawet, ale to zawsze wraca. ZAWSZE. Nie chcę tego porzucać, nie chcę i nie porzucę. Wiecie, czasem żałuję, że te 4 lata temu znalazłam ten świat, ale z drugiej strony kim ja bym bez tego była? Skończę to, tym razem dojdę do perfekcji - po raz pierwszy i ostatni. Dojdę i zostawię ten autodestrukcyjny świat.

Jedynym wczorajszym pokarmem był Chrystus. Zaspokoił cały mój głód, który na mszy o 23 zaczynał się objawiać małymi zawrotami głowy. Poza tym postanowiłam, że dziś nie chcę pić. Jadę na koncert, a później afterek z przyjaciółmi, ale nie będę pić. Tłumaczę się tym, że ze względu na Boga, ale tak naprawdę w głębi serca chcę wywalić te niepotrzebne kalorie. Jak będzie ciężko to kupię papierosy, choć ich też wolałabym uniknąć. Zobaczymy jak będzie.

wczoraj: 0 kcal

Może chcecie podzielić się ze mną swoimi głodówkowymi doświadczeniami? To mój pierwszy raz na takiej dłuższej, a nie tylko jednodniowej jak bywało. Nie wiem czego się spodziewać, jakich efektów ubocznych czwartego czy piątego dnia. Będę wdzięczna za każde słowo. Trzymajcie się chudo,

czwartek, 9 października 2014

starving for perfection

Kocham ten głód, kocham całym sercem. Trzy na cztery dni tego tygodnia przeżyłam na głodówce. Oby w niedzielę wieczorem tylko ten wtorek był schrzaniony. Ale obawiam się trochę tych kolejnych dni. Nie ze względu na siebie, ale ze względu na ludzi. Jutro jadę na pielgrzymkę maturzystów, dużo godzin w autobusie z przyjaciółką w fotelu obok. Oby obyło się bez pytań: "Nic nie jesz?", "Idziemy coś zjeść?" Wyprę się, odmówię, skłamię, dam radę dam radę dam radę. Przetrwam, będę rozkoszować się tym pustym brzuchem przez kolejne dni.
W sobotę z kolei jadę z przyjaciółmi na koncert. Wiem już teraz, że będziemy pić. Chcę no, lubię pić jak wszyscy piją. Ale ograniczę się, zresztą na głodzie pewnie i tak mnie szybciej weźmie, więc dużo nie potrzebuję. Poza tym w sobotę w końcu sobie zapalę taktaktak. Zresztą w sobotę muszę być idealna, bo widzę się z panem Idealnym. On wyjechał dziś, ja wyjeżdżam jutro, zobaczymy się dopiero w sobotę. Kłujący od zarostu pożegnalny buziak był najmilszym momentem dzisiejszego dnia.
Dobrze mi. Cholernie mi dobrze. Dziś nawet doszło trochę wysiłku fizycznego. 1,5h w sumie (koszykówka na wfie i rower). To bijące głośno serce i drżące dłonie satysfakcjonują jak jasna cholera. Będę chuda, będę piękna, nie opuszczaj mnie siło, dam radę, dla siebie, dla Niego, dla wszystkich. DAM RADĘ.

dziś: piękne chudziutkie 0 kcal ♡


"nie będę jadła - kocham Cię, nie będę piła - kocham Cię
o śnie zapomnę - kocham Cię i gdy odejdę nie przestanę"

środa, 8 października 2014

nic nie smakuje lepiej niż głód

Dzisiejszego poranka obudziłam się z takim cudownym, "płaskim" pustym brzuchem. Kości biodrowe tak ślicznie sterczały do góry opinane skórą. Podniosłam się i czar prysł, ale ten krótki moment naprawdę pozytywnie naładował mnie na cały dzień. Pokazał, że nawet w takim grubym cielsku kryje się pierwiastek piękna, który wydostanę na powierzchnię zrywając tę tłustą powłokę.
Wczoraj za późno wyszłam ze szkoły, teatr mi się przeciągnął, wujek był już w mieszkaniu i czekał na mnie z obiadem. I tyle z drugiego dnia głodówki. Ale dziś już odkupiłam winy, znów piękne 0 na liczniku kalorii. Jutro będzie kolejne, będę o nie walczyć ze wszystkich sił.
Wczorajsza randka naprawdę przyjemna. Dobrze mi przy Nim. Dobrze mi siedzieć z Nim na ławce nad rzeką i oglądać gwiazdy. Dobrze mi pić z Nim tanie winko i śmieszkować z całego świata. Dobrze mi iść z Nim za rękę trzymaną w kieszeni Jego płaszcza przez ciemne miasto. Najlepiej w świecie. Odliczam godziny do soboty.

wczoraj: zupa pomidorowa z makaronem, naleśnik z twarogiem, pasek czekolady miętowej, lizak, pół taniego winka

dziś: piękne 0 kcal 

poniedziałek, 6 października 2014

głodówki dzień pierwszy

W piątek rano stanęłam na wagę. Tak bardzo nie chciałam otwierać oczu, bo bałam się, że zobaczę tam siódemkę. Wskazała 67, lekki kamień z serca, ale jak ja się mogłam z czegoś takiego cieszyć? Obrzydlistwo, 67. Suka. Wieloryb. Tfu, rzygać mi się chce na swój widok.

Jedzeniowo piątek i sobota to jeszcze porażki. Gdyby nie ta piątkowa impreza to bilanse już byłyby lepsze. Pidżama party z szóstką cudownych (tak, przyjaciółki mam najwspanialsze na świecie). Wlałam w siebie pół szkl malibu, 1/3 finlandii limonkowej, szkl ruskiego szampana i szkl jakiegoś półsłodkiego wina. Gdyby chociaż sobotni kac był większy to może nie miałabym ochoty nic jeść, ale jak widać tak niestety nie było. Może i bez kompulsów, ale masa niezdrowego, tłustego domowego żarcia. Niedziela nie lepsza, bo ten wredny głosik w głowie ciągle mi szeptał, że przecież i tak nie dam rady, że zjem jeszcze jeden kawałek no i uległam... jak zawsze.

Ale czekałam na ten poniedziałek tak niecierpliwie i wiedziałam, że będzie dobrze. Kocham poniedziałki. To taki świeży początek. Wracam do szkoły po weekendzie w domu i mogę nie jeść, bo nikt na mnie nie patrzy.

Chcę wytrwać w głodówce jak najdłużej, zobaczymy jak będzie. Czuję się bezpiecznie nie jedząc w ogóle. Strach przed tym, że zacznę i nie będę mogła przestać jest zbyt wielki. Muszę przyzwyczaić się znów do głodu, zmniejszyć żołądek, nabrać silnej woli, złapać ten cudowny rytm i nie przestawać aż do perfekcji. Nie mogę się poddać. Nie tym razem. 

 dziś: 0 kcal ♡

Mam jutro randkę z M. Chodzę rozkojarzona i roześmiana jak mała dziewczynka nie mogąc się doczekać wieczoru, a równocześnie ściska mnie paniczne zdenerwowanie i ten obezwładniający strachstrachstrach. Będziemy patrzeć na gwiazdy, może wypijemy jakieś wino, nie wiem, nieważne gdzie i co. Chcę go tylko obok siebie, nic więcej.

czwartek, 2 października 2014

spowiedź

Mam 17 lat i 11 miesięcy. Ostatni raz byłam tu 5 miesięcy temu. Przytyłam. Mocno. Jeszcze nigdy nie byłam tak obrzydliwa jak teraz. Nie wiem kiedy ostatnio widziałam się z wagą. Nie chcę wiedzieć, co wskazuje. Nie wiem kiedy ostatnio ćwiczyłam. Nie wiem kiedy zjadłam poniżej 2000 kcal, ba! 10 000 kcal. Nie pamiętam dnia bez kompulsów. Nie pamiętam tygodnia bez alkoholu. Nie pamiętam kiedy nie chciało mi się kolejnego papierosa. Mam oponę na brzuchu. Z minimalnej przerwy między udami nie zostało nic. Podczas marszu obcierają się o siebie obrzydliwie, mrożąc mi przy tym krew w żyłach. Nie wiem czy mieszczę się w jakieś spodnie. Nie wiem kiedy bez obrzydzenia patrzyłam w lustro. Tonę we własnym tłuszczu.

Więcej grzechów nie pamiętam. Za wszystkie serdecznie żałuję.

to znowu miłość mnie tu ściąga
ja i On przyciągamy się ciągle jak zagubione gwiazdy
za 100 dni nasza wspólna studniówka
100 dni, by osiągnąć perfekcję

środa, 21 maja 2014

43. Kopenhaska-motylkowa dzień 3/12.


śniadanie: kubek kawy rozpuszczalnej (2), 1x chrupkie (20) 
lunch: 100g piersi z kurczaka (100), 5 liści sałaty (5) 
obiad: 175g jogurtu naturalnego 0% (63), 2 plastry szynki (10)
razem: 200 kcal

Hej kochane. Jestem zawalona sprawdzianami, kartkówkami, odpowiedziami ustnymi. Zmieniła nam się babka z biologii, a w związku z tym jest o wiele więcej nauki. Poprzednia nauczycielka była beznadziejna, nie potrafiła prowadzić lekcji i przez nią jesteśmy bardzo dużo w plecy z materiałem, a jednak to klasa biol-chem-fiz no. Ale póki co "w oczach" nowej wypadam całkiem dobrze. Z pierwszej kartkówki 93% (oprócz mnie tyle miały jeszcze chyba 2 osoby, więcej nikt), a dzisiejsza kartkówka też mi dobrze poszła. Za to sprawdzian z funkcji trygonometrycznych... No już nie tak fajnie. A jutro kartkówka z chemii i zapowiedziała pytanie ustne z bioli. Także milusio, tak się można nacieszyć ciepłą pogodą poza szkołą, że po prostu już mam dość.

Na kopenhaskiej fizycznie dobrze. To 200 kcal w zupełności mi wystarcza, nie głoduję, nie słabnę, jest bardzo spoko. Ale psychiczne... Kurna, mam takie momenty w ciągu dnia, w których mam ochotę zeżreć coś słodkiego, tłustego, pikantnego - nieważne, byle zeżreć. Powstrzymuję się. Zawsze. Ale boję się, że nadejdzie chwila, w której przegram. Wychodzę z uzależnienia no. Jestem w trakcie detoksu. Nie mogę się złamać, nie mogę nie mogę nie mogę.

Dziękuję Wam z całego serca za Wasze wsparcie. Dajcie mi trochę swojej siły, bo czuję, że mojej trochę ubyło.

wtorek, 20 maja 2014

42. Kopenhasko-motylkowa dzień 2/13.

śniadanie: kubek kawy rozpuszczalnej (2)
lunch: 100g piersi z kurczaka (100), 8 liści sałaty (8)
obiad: 190g jogurtu naturalnego 0% (100), 2 plasterki szynki (10)
razem: 220 kcal

+ boczki z Tiffany, pół Killera 

Dziś jestem bombą zegarową. Tykam, tykam, ale nie wybuchnę, nie dam się. To nie głód, to ochota, to uzależnienie od jedzenia, to chęć zapchania się czymś niezdrowym. Nie dam się. Słodkie, słodkie, słodkie w głowie cały dzień. Najadam się pozostałymi zmysłami, smakiem mi nie wolno. Oglądam masę programów kulinarnych, patrzę i pożeram oczami. W kuchni wącham i dotykam jedzenia. To przynosi ulgę. Po pewnym czasie pokusa przechodzi.

Drugi dzień kopenhaskiej zaliczony. Wiecie, najadam się na tej diecie. Trochę tęsknię za tym uczuciem głodu, które towarzyszyło mi w czasie jedzenia 100 kcal dziennie, bo teraz... nie wiem czy chudnę. Wyglądam teraz tak obrzydliwie, bo zleciało mi trochę z żeber, ale dół... jest po prostu straszny. Błagam, obym chudła.

Dziś po raz pierwszy mam u uchu rozpychacz. Jakoś tak mi się teraz zachciało, bo moje 2 przyjaciółki mają już ok. 6mm. Ja grzecznie zaczynam od najmniejszego. Będzie fajnie :>

poniedziałek, 19 maja 2014

41. Kopenhasko-motylkowa dzień 1/13.

śniadanie: kubek kawy rozpuszczalnej (2)
lunch: jajko na twardo (80), 25g brokułu = różyczka (7), 100g pomidora (15)
obiad: 100g pieczonej piersi kurczaka (100), 6 liści sałaty (6)
razem: 210 kcal

+ 20 min rowera
+ 45 min siatkówki (wf)
+ boczki z Tiffany, Mel B pośladki, Mel B abs (30 min razem) 

Pierwszy dzień uważam za zaliczony. Bilans zrealizowany w 100%, żadnych wykroczeń i nadprogramowego jedzenia. Tylko obiad zjadłam trochę zbyt późno, bo dopiero o 18, ale dopiero o tej godzinie wróciłam do domu. Jednak po nim ćwiczyłam 30 minut, więc jest okej. Dieta kopenhaska jest trochę nieprecyzyjna. Istnieją różne wersje na temat dodawania przypraw do posiłków i picia napoi. Ja postanowiłam, że pójdę na całość. Na te 13 dni całkowicie wyłączam jakiekolwiek przyprawy i zioła, o soli i pieprzu nawet nie wspominając. To samo tyczy się napoi - oprócz porannej kawy i wody mineralnej nie piję niczego innego, nawet herbat.

Dziś tyle cudownych smaków i zapachów dookoła mnie. Walczę, walczę przez cały dzień. Walczę z każdą pokusą i... wygrywam. Oby tak pozostało. Piszę na szybko, za chwilę lecę poczytać co u Was, bo czeka na mnie nowy odcinek "Gry o tron"! Trzymajcie się chudo, kruszynki! 

Idealna w każdym calu!